460 osób online (299 desktop_mac) (161 stay_primary_portrait)
viv

kondycja, zdrowie

Miasto: Łódź

Wiek: 39

Aktualna waga:60.00 kg

Wzrost: 158 cm

Moje osiągnięcia

od 28.09.2015

Liczba treningów
  • 5
  • 2
Spalone kalorie
  • 1
  • 5
  • 3
  • 9
  • 7
  • 3
Zrzucone kilogramy
  • 2
  • 0

Mój pakiet

Premium

06.09.2016, godzina 01:46

Nie taka dieta straszna, jak ją malują (I)

Mam zielone światło od lekarza i mogę ćwiczyć! Już nawet w niedzielę poćwiczyłam. I teraz czuję już niemal każdy fragment ciała. Ciężko siadać, wstawać, chodzić, schodzić i w ogóle, ale człowiek czuje, że żyje :) Cudnie!

 

Ale ja dzisiaj nie o tym. Obiecałam moje rady na korzystanie z programu. Czy raczej moje sposoby na życie w programie i chudnięcie. Postanowiłam podzielić to na osobny wpis dotyczący diety, i osobny dotyczący ćwiczeń. Ale zdecydowanie dieta + ćwiczenia = wymarzony efekt.  Sama dieta nie dałaby rady. I same ćwiczenia też nie.

 

Ok, czyli dieta. Moje przemyślenia, doświadczenia, rady.

(Edit: wyszło tego strasznie dużo. Dzielę na części, bo inaczej ciężko to zmieścić w dzienniku.)

 

1. Żeby chudnąć, trzeba jeść. Gdzieś to kiedy przeczytałam, i mnie przekonuje. Wchodząc w program uświadomiłam sobie po raz pierwszy od x lat i x diet, że nie chodzi o to, żeby zjeść jak najmniej w ciągu dnia, ale żeby zjeść akuratnie. Zejście poniżej liczby kalorii może i na krótką metę spowoduje może szybsze chudniecie, ale i przestawia organizm w tryb nadzwyczajny, oszczędny.  Nie chciałam mojego organizmu w tym stanie. Dlatego kiedy zdecydowałam, że wybieram opcję 1600 kcal (kiedy rozpoczynałam odchudzanie system pokazywał, że minimum u mnie to ok. 1400 kcal – tyle potrzebował mój organizm na - że tak powiem – „bycie”), to zjadałam tyle. Nie więcej, ale i nie mniej. Zjadałam każdy posiłek, który mi przysługiwał. I to cały (naprawdę cały – wiem, że porcje są duże). Nawet jeśli wracałam do domu późno i marzyłam tylko o tym, żeby iść spać, przed spaniem zjadałam normalną kolację. Uznałam, że ważniejsze od niejedzenia przed snem jest zjedzenie w ciągu dnia moich 1600 kcal. Jak widzicie, bardzo poważnie podeszłam do zasady „żeby chudnąc, trzeba jeść”.

 

2. Nauczyłam się planować jadłospis. To znaczy każdego wieczoru ustawiałam w programie jadłospis na kolejny dzień, a przy okazji decydowałam, co będę jadła w kolejne dni, żeby mieć składniki potrzebne do przygotowania posiłków. To planowanie jest bardzo ważne, moim zdaniem. Pozwala zachować kontrolę nad jedzeniem i uniknąć łapania za cokolwiek w chwili głodu. Ja zawsze wiedziałam co zjem. I wiedziałam, że to raczej (uwaga na domowników!) mam w domu.

Kiedy piszę, że planowałam jadłospis, to jest dokładnie to, co robiłam. Dostosowywałam go sobie w ramach opcji programu. Przede wszystkim jadłam to, na co mam ochotę. Czasem był to tydzień mega owocowy. Owoce niemal 3 razy dziennie: do śniadania, II śniadania i kolacji. Czasem nabiałowy.  Były dni mocno mięsne, i dni zupełnie vege. Zawsze  zgodnie z moimi ochotkami. Poza tym chodziło i o wymiar praktyczny. Kiedy otwieram opakowanie białego sera 250 g, a na posiłek mam 70 g, wiadomo że resztę muszę wcisnąć rodzinie (u mnie słabe zainteresowanie), albo zjeść. Dlatego planowałam posiłki tak, żeby wtedy biały ser był na kolejne śniadania w programie, albo robiłam naleśniki z serem. I tak dalej.

Obiady przygotowywałam od razu na 2-3 dni. Najczęściej w opcji 2 dni ten sam obiad, trzecia porcja do zamrożenia na czas, kiedy nie będę miała możliwości ugotowania posiłku. Opcja super sprawdzająca się zwłaszcza dla osób pracujących poza domem, w biurze. Gotowy pełnowartościowy obiad, który podgrzeje się w mikrofali w ciągu kilku minut, a który „trzyma” kilka godzin. Przygotowany – w moim wypadku – wieczorem, kiedy nie jestem głodna i nie spieszy mi się.

 

3. I tu przechodzimy do bardzo ważnej, moim zdaniem zasady. Odchudzanie wymaga zaangażowania. Własnego, a nie rodziny. Kiedyś chciałam się odchudzać z siostrą. Proponowałam jej, że będę współfinansować produkty, a ona będzie gotować obiady, bo miała wtedy więcej czasu. Odmówiła mi twierdząc, że jak sama nie będę nic robić, to po pierwsze będę jej marudzić i robić łaskę, że zjem coś dietetycznego, a po drugie – szybko odpuszczę. Bo nie moja praca i nie moje myślenie będą stały za tymi posiłkami. Wtedy oczywiście się na nią pogniewałam. Ale od kiedy zaczęłam odchudzanie z lionfitness wiem, że miała rację. To zaangażowanie i fizyczne (w przygotowanie posiłków), i myślowe (w układanie jadłospisów, planowanie zakupów) stało za sukcesem odchudzania. Bo to dzięki temu zmieniłam nawyki żywieniowe. Nauczyłam się nowych smaków. Odkryłam wiele nowych przepisów (także spoza programu). Nauczyłam się ilości (przynajmniej tych, na których chudnę). Nie byłoby tego, gdybym bezrefleksyjnie jadła to, co ktoś mi przygotuje. To zaangażowanie pozwoliło mi z diety programowej zrobić moją dietę. Z posiłkami, które ja lubię, zrobionymi tak jak ja lubię. Chyba dlatego nigdy nie czułam, że jestem na diecie i to mnie ogranicza.

CDN

Dodaj komentarz 1 komentarz
ra60 08.12.2016, godzina 12:58

Super się "Panią czyta", najlepsze jest to że mam podobne odczucia. Cenię sobie w diecie lion to że mogę stosować zamienniki i nie marnuję jedzenia. Wszystko jest smaczne i nie jestem głodna. Dzieki temu nie czuję że jestem na diecie a pomimo to jestem coraz bliżej celu. PS.czekam na kolejny wpis :)

25.08.2016, godzina 00:33

Takie chwile jak te

To jest tak niesamowicie przyjemne, kiedy spotykam znajomych, którzy nie widzieli mnie od kilku miesięcy i widzę szok na ich twarzach na widok tej nowej/starej wersji mnie :) A ostatnio przeżyłam kilka takich spotkań. Niektórzy znajomi poznali mnie w tej większej wersji i nawet nie wiedzieli, że inna wersja kiedykowiek istniała. Inni przez ostatnich kilka lat o tej wersji light zdążyli zapomnieć. Ten ich szok to jest naprawdę +100 do ego :)

Oczywiście jak ktoś ma własne plany zmniejszenia się, zaczynają się pytania o źródło sukcesu. I tu niestety reakcje sa różne. Zazwyczaj śmieję się i mówię, że tradycyjnie: dieta i ćwiczenia. I mam wrażnie, że gdybym powiedziała, że to cudowne ziarna z jakiś wysokogórskich plantacji w samym sercu Azji, to niektórzy wykazaliby więcej zainteresowania niż prostą, tanią i sprawdzoną metoda odchudzania :) Nie słuchają nawet kiedy mówię, że to była pierwsza dieta w moim życiu, której się nie czuje, bo poza słodyczami w sumie nie trzeba rezygnować z niczego, plus nie trzeba się głodzić. A ćwiczenia są całkiem proste i do wykonania w domu. Ale są i tacy, którzy notują, że to lionfitness. Mam nadzieję, że i oni z programem odnajdą te mnejsze i zdrowsze wersje siebie.

Dziś tylko krótko, żeby się pochwalić. Ale tak sobie myślę, żeby w kolejnym wpisie zebrać moje dobre rady - zbiór doświadczeń z etapu odchudzania. Widzę w statystykach, że czasem ktoś te moje wpisy czyta, więc może się to komuś przyda?

Przy okazji: wczasowe rozpustki okazały się bezkarne. Dodatkowy kilogram zniknął szybciej niż się pojawił. Dobrej nocy!

 

Dodaj komentarz 0 komentarzy

17.08.2016, godzina 23:56

Wszystko dobre co się dobrze kończy

Urlop się skończył, wróciłam do domu. Trochę smutno, bo kolejne wakacje dla mnie za rok. Ale pewnie lepiej, że tylko 2  tygodnie tego urlopowania były, bo z każdym kolejnym dniem pozwalałam sobie na więcej. Były i gofry z bitą śmietaną i owocami (dla mnie punkt obowiązkowy nad morzem), i pizza (ale już w mniejszej ilości i z innymi składnikami niż przed dietą), i pierogi, i mrożona kawa. Nie było gotowania.

Zasady nabyte w czasie diety jednak zaprocentowały. Udało się wkomponować małe grzeszki w zasadniczo zdrowy jadłospis. Zachowałam ilość posiłków, ich wielkość i generalnie skład. Zamiast ryb smażonych w tym roku było  duuużo ryb wędzonych - chyba wystarczy mi na kilka tygodni :)  I dużo spacerów.

Generalnie wczasy bardzo udane. I całe szczęście wyrzuty sumienia okazały się nieproporcjonalnie duże w stosunku do zmian w wadze. Tylko 1 kg na plus. I czy na pewno mnie przybyło, czy to tylko przejściowe wahnięcie, okaże się za tydzień.

Urlop przeżyłam. Powrót do rzeczywistości :)

Dodaj komentarz 0 komentarzy

01.08.2016, godzina 01:11

Co może nad morzem?

Co może nad morzem człowiek w fazie stabilizacji? Dumam nad tym od kilku godzin. No bo po tylu miesiącach diety, w sumie bez wyrzeczeń, ale jednak z kontrolowaniem tego, co jem, może przez 2 tygodnie nie wariowac, tylko urlopować? A może właśnie nie? Nie chodzi o to, że mam jakieś wielkie plany. I tak większość nawyków z diety utrzymam, bo mi po prostu pasuje i chleb ciemny, i warzywa, i owoce, i nabiał. Chipsy nigdy nie były moją słabością. Alkohol przestał mnie kusić jakoś po studiach. Zostają nieszczęsne słodycze, ale i co do nich okazało się na diecie, że za niektórymi wcale nie tęsknię. Chodzi o zasadę. O pizzę na obiad, gofra na podwieczorek, loda (niechby i bez dodatków) itd. Na co dzień obiady vege kaszowo/makaronowo warzywne są super. Ale tam nie bardzo mi się uśmiecha stać codziennie przy kuchni i robić tylko dla siebie dobre, zdrowe obiadki. Jeszcze trochę podumam i coś zdecyduję. Ale czuję się rozdarta między poczuciem bezpieczeństwa, jakie daje trzymanie się tego co sprawdzone, a totalnym oderwaniem się od codzienności i po prostu urlopowaniem z rodziną. Pewnie jak zawsze trzeba będzie znaleźć złoty środek. Jutro (dzisiaj) rano ostatnie przedurlopowe ważenie i mierzenie. Porównam wyniki po powrocie.  Żeby zobaczyć, czy mój środek był złoty.

Ale zanim nastąpi chwila prawdy, czekają mnie wakacje w wersji prawie 30 kg mniej. Czyli bardzo zasłużone wakacje :)

 

Dodaj komentarz 2 komentarzy
lenna 14.08.2016, godzina 22:51

Myślę, że goferek albo lody nie zaszkodzą, jeśli nie zaszalejesz z nadmorskimi obiadami "na mieście" :) Standardowy zestaw - smażona ryba z frytkami i surówkami jest nie tylko droga, ale też bombowa. Warto poszukać w menu tuszki z ryby, pieczonej lub grillowanej. Plus surówki? Taniej, lżej i wciąż sycąco. Kwestią Twojego charakteru jest to, czy ulegniesz wszystkim pokusom jak leci, czy tylko niektórym. Chociaż jak czytam -30kg to domyślam się, że słabość nie jest Twoją cechą :) Powodzenia na wakacjach!

iv 18.08.2016, godzina 00:00

Nie zaszkodziły :) A co do obiadów, to w tak małej miejscowości ryb pieczonych i grillowanych niestety nie było. Za to pojadłam i zupy rybnej, i ryb wędzonych. Cena za grzeszki w każdym razie nie była wysoka :)

16.07.2016, godzina 09:14

Od ubytku głowa nie boli?

Znów chudnę. I byłoby świetnie, gdyby nie to, że teraz miałam nie chudnąć. Podobno wahania do 2 kg są ok, ale u mnie po piewszym tygodniu fazy utrzymywania waga stoi albo idzie w dół. W tym samym tempie co podczas ochudzania. A to chyba niedobrze.

Albo 1700 kcal to za mało, albo tylko mi się wydaje, że podniosłam kaloryczność o te 100 kcal. Nadal nie ćwiczę, więc to nie problem zwiększonego wysiłku.

Póki co waga nie jest problemem o tyle, że zawsze najlepiej się czułam ok. 55 kg. Teraz ustaliłam plan na 60 kg, bo po kilku latach w stanie + 30 kg i dwóch ciążach uznałam, że nie ma co szaleć z powrotem do figury panieńskiej. Ale 57 kg to nadal nie jest probelm. Problemem jest brak konktroli nad tym czy chudnę czy nie.

Nie czuję potrzeby zwiększania posiłów. 4 posiłki ustalone w czasie diety są dla mnie idealne. I tak zazwyczaj tyle posiłków jadałam. Wielkość porcji też jest dla mnie idealna. 3 kanapki na śniadanie lub kolację, z masłem i dodatkami zupełnie mi wystarczają. Obiadu więcej nie byłabym w stanie przyjąć. Jedynie drugie śniadanie mogę zwiększyć. I chyba to zrobię, bo co to za utrzymywanie wagi, jak tylko spada.

Może to są wydumane problemy. Ale widziałam tyle "odbić" po zakończonej diecie, tyle efektów jojo, że wolę sobie wydumać problem, niż być kolejnym przypadkiem z jojo. Udało się zrzucić ponad 25 kg, musi się udać to utrzymać. Po prostu musi :)

 

 

 

Dodaj komentarz 2 komentarzy
lenna 14.08.2016, godzina 22:56

Nie, żebym była jakimś ekspertem, ale jeśli przeszłaś do fazy stabilizacji, to waga może sobie spokojnie lecieć na dół jeszcze jakiś czas - siłą rozpędu. To tak jak po ćwiczeniach - jeśli odpowiednio połączy się kardio i siłowe, to spalanie trwa jeszcze jakieś pół godziny po zakończeniu treningu. Nawet jeśli waga Ci spadnie poniżej kreski, to w stabilizacyjnej fazie samoistnie się wyreguluje. Nie stawiaj sobie numerku za cel, Twój organizm sam będzie wiedział ile chce ważyć, skoro tak go dietetycznie zaprogramowałaś :) Zresztą na pewno to wiesz :)

iv 18.08.2016, godzina 00:06

To chyba nie do końca jest tak. Pewnie ta siła rozpędu itd mogłaby by być wytłumaczeniem, gdybym od razu wskoczyła na kaloryczność taką, jaką teoretycznie powinnam mieć w moim wieku i przy mojej aktywności. Ale ja póki co podniosłam kaloryczność tylko o ok. 100 kcal w stosunku do tej z fazy diety. To wciąż znacznie poniżej tego, co teoretycznie powinnam zjadać. Do czasu ponownego włączenia ćwiczeń nie chcę jednak jakoś znacząco dodawać kcal. I tak sobie jestem w tym zawieszeniu. Martwię się tym dalszym spadkiem wagi, ale niewiele z tym zmartwieniem robię :)

19.06.2016, godzina 09:46

Słodkie demony w głowie

Pierwsze dwa tygodnie fazy utrzymania za mną. Dzieje się w głowie i na wadze :)

 

Po poprzednim wpisie nastąpiło ważenie. I trzeba było przełknąć smutną prawdę: jak się nie ćwiczy i je nieco więcej (u mnie dodatkowe 100 kcal na początek) niż w czasie odchudzania, to waga nie tylko nie spada, ale czasem i wzrasta. No i pojawił się kilogram więcej. Pierwsza myśl to oczywiście szybko wrócić do diety. Całe szczęście dietetyk programu  uprzedzała mnie zanim rozpoczęłam tę fazę, że wahnięcia do 2 kg mogą się pojawić w obie strony. I to jest ok.

 

Ufna zatem, że to jest normalne (ale jednak nieco zawiedziona tym, że kilogram na wadze się pojawił)   weszłam w nowy tydzień. A tu we wtorek nie tylko pożegnanie kolegi w pracy (i ciasta), ale i przedszkolny piknik rodzinny i konkurs na najlepsze ciasto domowe. Startowało 15 mam, w tym 2 z tortami bezowymi (marzyłam o nich od miesiąca, ale powstrzymywałam się przez pieczeniem). Nauczona już w czasie odchudzania, że takie małe rozpustki od czasu do czasu to się robi zamiast posiłku, a nie oprócz, odpuściłam tego dnia i drugie śniadanie, i grilla na pikniku, i w końcu kolację. Ale to był baaardzo słodki wtorek zakończony baaardzo dużymi wyrzutami sumienia

 

Po zmianie diety na vege (law fat jednak dla mnie jest za bardzo mięsna – chyba jeszcze bardziej niż IG), do końca tygodnia byłam już bardzo grzeczna i pilnowałam  diety. Muszę znaleźć tę nową dobrą kaloryczność dla mnie i nauczyć się porcji. Dopiero wtedy będę mogła odciąć pępowinę od programu. Tak myślę. W każdym razie rezultat tygodnia na wadze niebo lepszy niż się spodziewałam. Bo nagle zniknęło 1,5 kg. Zobaczymy co dalej będzie.

 

Ok, było o problemie na wadze, teraz o problemie w głowie – bo to z niego wynika ten wagowy. Coś mi się przestawiło chyba, kiedy osiągnęłam cel nr 1. Przez całe odchudzanie zupełnie zanikła u mnie ochota na słodycze. Zupełnie. Na pewno duża w tym rola diety IG, bo fakt że nie miałam skoków cukru zrobił swoje. Ale nie miałam też w głowie ochoty na słodycze . A teraz - choć ciało nadal za cukrem nie krzyczy - głowa ma ciągle ochotki. Chodzą za mną jakieś torty, kawy z McDonalda, desery lodowe i takie tam. Mam nadzieję, że słodki wtorek z piknikiem trochę zaspokoi apetyt na tort.  A przynajmniej póki co karmię te ochotki z głowy wyrzutami sumienia. Może wystarczy ich jeszcze na tydzień :)

 

Jeszcze tylko 2 miesiące i wrócę do ćwiczeń. Chyba zacznę odliczać w kalendarzu. Dużo bezpieczniej się czułam wtedy. No i przy każdej zmianie ćwiczeń na nowo czułam że żyję, że mam jakieś nieodkryte wcześniej mięsnie :)

 

Póki co trzymam się diety i obserwuję. Naprawdę jestem szalenie wdzięczna dietetykowi programu - p. Ewie za pomoc w ogarnięciu tematu jak utrzymać wagę i nie zwariować  :)

 

Kolejny tydzień walki -głównie z własną głową - przede mną.  Zaczynamy.

Dodaj komentarz 0 komentarzy

11.06.2016, godzina 01:04

nowy cel

Cel nr 1 został osiągnięty. 25 kg mniej w 8 miesięcy i stan niemal z czasów panieńskich, czy raczej bezdzietnych, bo to nie zmiana stanu cywilnego, ale stanu rodzinnego skutkowała znaczną zmianą w obwodach.

 

Cel nr 1 został osiągnięty bez dzienniczka.  Bo po pierwsze obok wciąż słyszałam, że nie ma się co cieszyć za szybko, bo ile razy zaczynałam odchudzanie itd. No a skoro ma być porażka, to po co przeżywać ją publicznie. A po drugie – i chyba ważniejsze – droga do celu okazała się bardzo prosta. Powtarzam to wszystkim wokół, którzy widząc taki ubytek mnie w takim krótkim czasie nie mogą się nadziwić. Ta dieta to najlepsza dieta w moim życiu. A tych było sporo i w znacznej mierze skuteczne – przynajmniej na jakiś czas Ale nigdy tak proste do utrzymania, nigdy w zasadzie bez wyrzeczeń. Zresztą kto widział moje posiłki nie mógł uwierzyć, że to dieta. Że niby na diecie i 3 kromki chleba na śniadanie, i to z masłem! (oczywiście nie licząc dodatków, nie że tylko z masłem). Że obiad to coś więcej niż smutna pierś z kurczaka z surówką. Że takie porcje, jak nie dieta. A kilogramów ubywało stale. Naprawdę best diet of my life. No i ćwiczenia. Tak skuteczne, że na ich rzecz przyjaciółka porzuciła Shape Your Body z Cindy, którym była wierna od lat dwudziestu już chyba. Faktycznie są niesamowite te ćwiczenia siłowe – i to bez umierania w trakcie (bo uznałam, ze nie muszę mieć opcji super ekstremalnej. Wystarczy mi trening zwykły). Takich nóg nie miałam chyba nawet dawno, dawno temu, kiedy było mnie jeszcze kilka kilo mniej .

 

Czyli udało mi się osiągnąć cel nr 1. Teraz zaczynam walkę o utrzymanie efektu. I to chyba będzie trudniejsze, bo łatwo znaleźć motywację, kiedy BMI wskazuje otyłość, a lekarz grozi palcem, że jak nie zrobię z sobą czegoś do 40-tki, to wyniki badań przestaną mi się podobać. Łatwo realizować plan odchudzania wymyślony przez innych, kiedy co tydzień na wadze i w obwodach widać efekty.  Jest wtedy wsparcie rodziny i znajomych. Nikt nie namawia do ulegania pokusom. Wszyscy biją brawo, że takie postępy i taka wytrwałość. A teraz trzeba się nauczyć żyć normalnie i znaleźć złoty środek między dietą a drobnymi grzeszkami. Bo efekt jo jo nie śpi. Może to pisanie pomoże utrzymać motywację. Mam taka nadzieję, bo wyrzuciłam już niemal wszystkie duże ubrania i nie mam siły na kolejną zmianę garderoby :)

 

Na razie mam po swojej stronie nawyki wyuczone przez tych 8 miesięcy.  Jak system gotowania obiadów do pracy wieczorem (3 porcje: 2 na dwa kolejne obiady, 3 do zamrażarki na czas lenistwa). Jak planowanie posiłków na kilka dni naprzód (naprawdę można być matką dzieciom i mieć lat –dzieści i żyć bez takiego planowania; ale z planowaniem jednak łatwiej). Odkryłam mnóstwo nowych smaków i połączeń. Zasmakowałam w kaszach i ryżach z warzywami. Odkryłam kalkulatory kaloryczności i wartości posiłków, bo obiady z programu po kilku miesiącach przestały mi wystarczać  - chciałam więcej opcji bezmięsnych. Niestety ze względów zdrowotnych na kilka miesięcy musze zrezygnować z ćwiczeń. Zostają mi spacery.

 

Testuję dietę low fat (odchudzanie przeszłam z dietą IG – naprawdę dała radą z moja miłością do słodyczy!).  Muszę odczarować przede wszystkim ziemniaki. Odczarowałam pieczywo, więc i z nimi się pewnie uda. Za kilka dni pierwsze pomiary po zmianie diety i kaloryczności. Trochę się boję, że wszystko się posypie bez tych ćwiczeń. Jest taka naturalna chęć, żeby zostać przy tym znanym scenariuszu i dalej sobie chudnąć. Ale już starczy. Powiedziałam sobie 60 kg. I teraz trzeba nauczyć się tak jeść, żeby utrzymać.

 

Strasznie długi ten pierwszy wpis. Starczy tych zwierzeń :)

 

 

Dodaj komentarz 3 komentarzy
owina 16.06.2016, godzina 09:45

Super gratulacje, jak będziesz zwracać uwagę na to co jesz i w jakiej ilości to nawet małe odstępstwa nie powinny Cię zgubić. Powodzenia!

iv 18.06.2016, godzina 14:06

Dziękuję :) Niby to wiem. Bo skoro małe odstępstwa nie zgubiły mnie w czasie odchudzania (a były przecież i święta, i uroczystości rodzinne), to nie powinny zgubić i w czasie utrzymywania wagi. Tylko mobilizacja już teraz inna, niestety. Dlatego mam wrażenie, że te małe odstępstwa teraz są groźniejsze :)

KKM 16.07.2016, godzina 15:33

po pierwsze strasznie dziękuję za doping,jak wiesz bardzo tego potrzeba podczas walki z samym sobą.Jeśli chodzi o mnie najgorzej jest mi jeść cztery razy dziennie,a to dlatego że zazwyczaj jadłam jeden wieczorem:(Jestem pełna nadziei po przeczytaniu twoich słów mam nadzieję,że za osiem miesięcy będę mogła napisać podobnie.Pozdrawiam Cię serdecznie i proszę trzymaj kciuki żeby mnie też się udało.

Regionalny Program Operacyjny

Fundusze Europejskie dla rozwoju regionu łódzkiego
Projekt współfinansowany przez Unię Europejską z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego